Bloog Wirtualna Polska
Są 1 272 352 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Pies, który patrzył w niebo

czwartek, 27 stycznia 2011 10:48

Dzisiaj koleżanka pokazała mi filmik ze spaceru ze swoim psem. Dzień był prawdziwie zimowy, duże płatki śniegu „tańczyły w powietrzu”, jak mówią poeci niemodnej już szkoły. Młody pies po raz pierwszy zobaczył takie zjawisko. Oszalał z radości. Skakał do góry i łapał pyskiem wyżej wspomniane płatki. Tak samo działo się w dniu, kiedy dął silny wiatr. Do łapania było dużo różnych rzeczy. Mieć psa, który uczy zenistycznego patrzenia na świat - to miłe i pouczające. Każdy dzień może sprawiać radość, każdy dzień może być dobrym dniem. Kiedyś, w czasie pobytu w Indiach, widziałem psa, który patrzył w niebo. Mijałem go często, gdy rano szedłem do aśramu. Zazwyczaj leżał przy drodze, na skraju pustej działki z dużym kopcem mrówek pośrodku. Tym razem jednak siedział odwrócony tyłem do ulicy, z pyskiem skierowanym w bezchmurne niebo. Wokół nie było żadnych drzew, żadnych ptaków w powietrzu. Nawet mnie to nie zdziwiło. Po kilku miesiącach medytacji wszystko jest na swoim miejscu, świat ma swój rytm, a ja z nim. Więc dlaczego pies nie miałby czuć tak samo? Aż tak bardzo się nie różnimy. Swoją drogą, w niebie coś musi być. W końcu tyle religii umieściło tam swe bóstwa.

W każdym ustalonym porządku, w każdym stałym rytmie pojawiają się zdarzenia nieoczekiwane. Żeby daleko nie szukać. Mamy w łazience szafkę której drzwiczki wiodą w otchłań pod wanną. Drzwiczki z drewnianą gałką, która obraca haczyk blokujący. Nie wiedzieć z jakiego powodu, co pewien czas, drzwiczki samoczynnie się otwierają i walą w płytki podłogi. Nie pomaga precyzyjne przekręcanie gałki, by haczyk znalazł się w pionowym położeniu, co powinno gwarantować zamknięcie. Zjawisko musi się wysycić. Drzwiczki otwierają się przez kilka dni i później wszystko wraca do normy. Spróbujmy uogólnić. Żyjemy w cyklach uporządkowanych czynności, powtarzalnych zachowań, zaplanowanych wydarzeń. I oto nadchodzi „czas otwierających się szafek”. Czyli niespodziewanych wydarzeń, na ogół przykrych lub irytujących, na które nie mamy wpływu. Można, co prawda, zmienić system zabezpieczeń (w szafce), ale i tak coś nowego, nie mniej przykrego, w innym miejscu się wydarzy. Jest też dobra strona tego zjawiska. To otwierające się możliwości, niespodziewane propozycje, zaskakująco korzystne zwroty akcji.

Albo takie mleko. Wiadomo, że czeka tylko na moment nieuwagi czuwającego. Podgrzewane, musi wykipieć. Wystarczy odwrócić oczy, skupić się przez moment na innej czynności - i już rozlewa się po kuchence ze swoim złośliwym szszszsz… Mało tego, prawdopodobnie jest w zmowie z przedmiotami, które mają osłabić naszą czujność. Na przykład: tykwa do mate spada z półki i toczy się pod moje nogi. Oczywiście po to, żebym się schylił i spuścił z oka kubek z mlekiem. Rozumiem, że jest to zemsta krowy, od której to mleko pochodzi. I jasne jest, że zachodzi tu proces kwantowy między krową, a jej produktem, który był przeznaczony dla cielaka, a nie dla faceta w piżamie przy śniadaniowym stole. Rozumiem, że każda komórka jest w stanie reagować przez swoje DNA na zmiany nastroju osoby (krowy), do której należy. Że komunikacja luźnych komórek na duże odległości zgadza się z możliwością nielokalnej wymiany informacji poprzez indywidualne DNA, ale żeby wciągać w to przedmioty domowego użytku? Żeby się zmawiać z szafką z łazienki przeciwko mnie?! W moim domu?! Nielokalność, tak – mataczenie, nie! Wiedziałem, że gołębie to dranie. Ale krowy?

Jak to dobrze, że redukcjonistyczne myślenie o świecie nie wytłumaczyło nam wszystkiego. Ciągle jeszcze są tajemnice. Jak choćby pies patrzący w niebo albo otwierające się szafki. Bo o mleku wiemy już prawie wszystko.

 

 



Podziel się
oceń
7
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Orka na ugorze

środa, 19 stycznia 2011 11:55

A ugór jest amerykański, czyli właściwie preria. Jakby nie było słowiańskich nieużytków i innych odłogów.


Dostałem zlecenie. Przeoruję melodię ze starych zasobów mojego kolegi, żeby dać jej żywe słowo. Niech zabrzmi donośnie ważnym przesłaniem, muzyka i wiersz, wspierając się nawzajem. Problem jest taki, że z racji wieku bliżej mi do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych,  aniżeli do ou la, la , la ,la, I love you baby. Nie przeczę, fascynowała mnie kiedyś muzyka Led Zeppelin i Deep Purple. Któregoś dnia, w trakcie dyskoteki, z toalety naszego Domu Kultury wyniesiono pociętego kolegę. Ze spokojną zadumą, jakże słusznie zauważył inny kolega, patrząc na rannego: Purpli nie wytrzymał…


Tak więc, ze świata popkultury dostałem muzykę, której autor jest popu gorącym orędownikiem. A w niej, jak wiadomo, brzmieć trzeba najbliżej zachodnich wzorców. Angielskich albo lepiej - amerykańskich. Roi się tu od jednosylabówek, i to na końcach wersów. Dlaczego niewielu śpiewa jak Francuzi, a już chyba nikt się nie wzoruje na wykonawcach niemieckich? Takie schön jest ślicznym męskim rymem! Czemu zaraz wszyscy chcą być jak ktoś inny? Małe polskie dziewczynki chcą być jak Barbie, duże jak Shakira. Mali chłopcy jak Spiderman, a duzi jak Bruce Willis. Kierownicy chcą być jak managerowie, a koledzy z „dzielni” jak czarni z Harlemu. Ktoś słusznie zauważył, że jestem sentymentalny i przywiązany do tradycji. Każde grzebanie w melodii języka, by dostosować go do obcych struktur, traktuję jak pracę nad sztucznym tworem. Jak flancowanie liany z lasów deszczowych do naszego boru chrobotkowego.


Moja teoria budowy języka Anglosasów jest taka. Zaczęło się od Anglików, którzy byli wyniośli i gburowaci, więc używali skrótów i ściągniętych form mowy, by szybko kończyć rozmowy nawiązywane przez natrętów. Później wiecznie śpieszący się Amerykanie dokonali reszty. Wraz z nimi osadnicy z innych grup językowych. Jak wiadomo, łatwiej się uczyć krótkich wyrazów niż długich i złożonych. Dlatego Niemcy zawsze będą mieli kiepsko. I Walijczycy.


Ugór, który dostałem, nie zawiera żywych słów, tylko zbitki wyrazów sugerujących język angielski. Jest to tak zwany typ zielony - obsiany roślinami o krótkim okresie wegetacji, przeznaczonymi do przeorania na zielony nawóz. Czyli na żywe słowa, które w zrozumiały sposób, bo w języku naszych matek, opowiedzą o miłości lub o innych problemach egzystencjalnych. Historycznie i etymologicznie pojęcie ugoru wywodzi się z terminu u-po-gorze-lisko i jest związane z gospodarką wypaleniskową. Na wypalonej ziemi zostają takie ostańce, jak Stachura, Grechuta, a bliżej, Kaczmarski, Garczarek, co się nie boją wielosylabowych wyrazów w wersach i na ich zakończenie. Francuzi dzielnie się trzymali w obronie swego języka, nawet ich komputer to ordinateur, ale padną, jak kiedyś Jan Bez Trwogi na początku wojny stuletniej z Anglikami. Ja też dzisiaj jestem ofiarą globalizacji i zmagam się z polskimi wyrazami, żeby w muzycznych akcentach brzmiały lepiej od polskich, czyli jak amerykańskie. Chyba mi się nie chce.

 

Yankee do nas stuk, stuk,

Chociaż on ci nie wróg,

Lecz nam dziewki za stóg

Ciągnie wciąż.

W drugą stronę chrup, chrup,

Idzie dziad bez dwóch stóp,

Bo mu mróz zmienił w lód

Nogi dwie.

Tam gdzie los dziada gna,

Spadła nie-jedna łza.

Cieśni-na Berin-ga

Zamar-za.

 


Podziel się
oceń
5
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Będzie dobrze

środa, 12 stycznia 2011 11:09

Ja to mam dobrze. Patrzę sobie z okna na Zacisze w śniegu, a widzę obraz Pietera Bruegla starszego Zima. Myśliwi w śnieżnym krajobrazie. Co prawda, nie dominuje tu olśniewająca biel, bo śnieg już brudny i zeszłoroczny, ale za to zielonkawe szarości, z drobnymi akcentami czerni i mahoniowego brązu, a jakże. Nie ma też trzech myśliwych wracających do wsi ze swoimi psami, a tylko liczne kupy po psach osiedlowych, które teraz topniejący śnieg odsłonił w całej ich odrażającej postaci. Nie ma też kompozycji opartej na diagonalach, bo wzrok tu błądzi od płotu do płotu, od domu do domu, trochę bezładnie, jak i całe luźne założenie urbanistyczne. A dalej też wzroku nie prowadzi wspomniany diagonal w nieskończoność, bo u nas na Zaciszu nieskończoności nie ma. Są starannie wymierzone działki, a osiedle kończy się Laskiem Bródnowskim. I dobrze, bo trzeba się w tym życiu czegoś trzymać, jeśli nawet to jest tylko lasek.

Nigdy bym nie pomyślał, że właśnie Zacisze uświadomi mi (jak u Bruegla) związek człowieka z naturą. Przyroda narzuca człowiekowi swe prawa i niekończące się metamorfozy, czyli psie odchody na chodnikach, alejkach, skwerkach i trawnikach. Oczywiście też w postaci gór gołębiego łajna na moim balkonie. Jednakże człowiek wprowadza w świat przyrody element ładu przez swą pracę i inteligencję. No tak, trzeba będzie balkon posprzątać. Tak mi podpowiada moja inteligencja i pracowitość. A dalej? Podobno kurze guano jest dobre pod uprawę szparagów. Niech z tej pracy będzie chociaż jakaś korzyść. Bo ze starych biletów wejściowych na mój koncert już chyba żadnej nie ma? Znalazłem całe ich pudełko. Nawet gorsze od zeszłorocznego śniegu, bo sprzed dwóch lat. Po świątecznym koncercie w Ośrodku Kultury Ochoty, gdzie wiele osób odeszło z braku miejsc i biletów, pomyślałem, że jestem w stanie zapełnić o wiele większą salę. Szczęściem, miałem na tyle rozsądku, że nie wpadła mi do głowy Sala Kongresowa (jestem próżny, ale nie do tego stopnia). W tym roku z pokorą wróciłem do OKA, ciesząc się znowu pełną salą. W domu, natomiast, cieszę się sporą ilością starych biletów, bo widnieje na nich tytuł koncertu „Będzie dobrze”. Powielony w tylu egzemplarzach tytuł jakże szczęśliwą przyszłość mi wróży! Przekuwać porażki w sukces! Znajdować dobre strony błędów i pomyłek! To nie jest jednorazowa wróżba, znaleziona w chińskim ciasteczku. Tak, sam zadbałem o swoją przyszłość pracą i inteligencją. Teraz tylko pozostaje, jak mówił Szwejk, w swojej sztuce dalej się doskonalić. Chociaż zastanawia mnie, co ja tak ciągle o tych kupach? Może ja w grzechu żyję, w nieczystości, i dlatego zauważam to w świecie, jak wyparty aspekt mojej osobowości? Może za dużo widziałem reklam o trudnych zaparciach i wzdęciach? A może to chodzi o rozkład, gnicie, vanitas, czyli lęk przed śmiercią?... No dobra, pójdę coś zjeść, bo czuję, że przyroda narzuca człowiekowi swe prawa i niekończące się metamorfozy. Niezależnie od wszystkiego - będzie dobrze, bo wiosna już niedługo, co dowodnie można sprawdzić, patrząc z okna. Jakiegokolwiek.

 

 

 


Podziel się
oceń
5
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

poniedziałek, 20 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  268 444  

Kalendarz

« styczeń »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

O mnie

Autor, kompozytor, piosenkarz, psychoterapeuta.
Ceniona postać polskiej sceny muzycznej. Na estradzie od 1978 roku.
Twórca nastrojowych piosenek opowiadających o codzienności, ludzkim doświadczeniu, widzeniu świata z perspektywy zwykłego człowieka.

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 268444

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Wiadomości