Bloog Wirtualna Polska
Są 1 264 222 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Oprawca choinki

czwartek, 27 grudnia 2012 20:03

No i gratulacje mój świecie. Znowu udało ci się mnie wkurwić. I to kiedy, w sam czas świąteczny, tkliwy, pełen miłości, migoczących gwiazdek, oszronionych ciężarówek z amerykańskim napojem chłodzącym i pokoju na ziemi ludziom dobrej woli. Oj, zły ja jestem człowiek, o niegodziwej duszy, gorszy od osiołka i wołu u żłóbka. One chociaż klękały w pokorze, a ja zesztywniały z irytacji, z ciemną otchłanią w sercu, która sadystycznie pożera wszechogarniającą miłość amerykańskiego kina familijnego i idealne w brzmieniu piosenki świąteczne z tego samego kraju. Oj, mroczny ja i nienawistny. A zaczęło się od rzeczy zwykłych i prostych. Najpierw wyprawa do piwnicy po stojak do choinki. Jak wiadomo, łatwiej ruszyć w podróż do Tybetu lub na biegun, aniżeli zmienić buty, cieplej się ubrać i zacząć przekopywać piwniczne warstwy cywilizacyjne w poszukiwaniu wspomnianego. Żeby nie wiem jak się starać przez cały rok, on zawsze znajdzie się w najniższych pokładach, a wywlekany na światło, będzie ciągnął za sobą liczne sznurki, listewki, torby foliowe i sznurowadła. Złość tu w niczym nie pomaga. Zagmatwa jeszcze bardziej topografię wnętrza. No już dobrze. Choinka jak ta lala, oprawiona profesjonalnie, pachnie w metrażu świerczyną, czyli w zgodzie ze swoim pochodzeniem, a nie jak w zeszłym roku ekstraktem z gruczołów kocura. Mam to szczęście, że pamiętam choinki z prawdziwymi świeczkami. W metalowych małych lichtarzykach, żółte, czerwone i białe, gładkie, ale też spiralnie skręcane. Trzeba było zmieniać je często, bo szybko się topiły, ale dawały tyle światła, że można było nie świecić lampy nad stołem. Zdarzało się, że choinki płonęły, i to była dodatkowa atrakcja. Czasem sam, gdy nikt nie widział, zbliżałem gałązkę do płomienia i szybko gasiłem pełzające po igiełkach płomyki, pryskające małymi żywicznymi wybuchami. Moje rzewne  wspominki przerywa nagle muzyka z odtwarzacza. To miła moja włączyła płytę z kolędami i pastorałkami czołowej polskiej artystki, żeby budować świąteczną atmosferę, dom nasycić dźwiękami tradycji, śpiewem pastuszków i zapachem trzody, co chucha na Dzieciątko. Nagle walnęło popkulturą i konsumpcją. Czołowe artystki mają opanowany taki sam warsztat wokalny. Brzmią jak parę jeszcze innych artystek z USA. Szkoła soulowego śpiewania. Dla nich nieważny jest gatunek muzyczny, charakter piosenki, jej opowieść, bo one muszą wyć w wysokich rejestrach swoje cholerne łoułoułoł, w jednym takcie wyśpiewać przynajmniej szesnaście dźwięków, zamiast czterech ćwierćnut, w których jest podstawowa melodia. Muszą je ozdobić obiegnikami, trylami, portamento i glissandami. Pewnie myślą, że nikt ich nie będzie szanował, jeśli zaśpiewają po podstawowych dźwiękach i nie pokażą swojej egotycznej ekspresji. Pytam więc: po co tradycyjny kanon polskich (podkreślam, polskich!) kolęd i pastorałek wykonywać w manierze amerykańskiego songu o baby, baby?! Gdzie są prawdziwi polscy patrioci?! Dlaczego nie protestują przeciw amerykanizacji ojczyzny i szarganiu polskiego oblicza katolicyzmu? Jak trzeba, to was nie ma.                                                                                        

Wieszamy bombki. Kilka z nich (dokładnie cztery) pamiętają bardzo dawne czasy. Przynajmniej trzy pokolenia wstecz. Jak te kruche szklane banieczki przetrwały wszystkie przeprowadzki, historyczne zawieruchy i dziecięce rączki, rwące się do pomagania przy ubieraniu drzewka? Dlatego powiększyliśmy stan posiadania o kolejne dwie. Kupione na targowisku od handlarza starociami. Mają jeszcze pętelki z nici do zawieszania! Kto je robił, kto zaczepiał na gałęzi? No, już mi lepiej, chociaż przez perfekcyjną artystkę ciągle jeszcze we mnie bulgocze niezgoda. Będę czekał, aż bombki eksplodują (taka w końcu ich natura), by kawałek szkła dostał mi się do serca i − odwrotnie niż u Kaja − rozświetlił mój umysł i serce. I żeby przytuliła mnie nie jakaś zimna wywłoka, typu Królowa Śniegu, tylko radosna, uśmiechnięta Gwiazdka - Skierka. Czego i Wam życzę.

 

 


Podziel się
oceń
75
7

komentarze (3) | dodaj komentarz

Marta

czwartek, 20 grudnia 2012 21:43

Na Zaborach pora umierania. Wszystko pod śniegiem, znieruchomiałe. Ślady tylko na śniegu, że jednak coś chodzi, czegoś szuka i ma swoje sprawy. Znajomi mówią, jak było wczoraj. Marta się podźwignęła z łóżka, zjadła obiad, kazała wysprzątać „bufety”, dom, ubrać choinkę i gwiazdę z lampek wywiesić w oknie. Później się znowu położyła i umarła. Tak po prostu. Jak się należy. W czystej chałupie przygotowanej do świąt. Kiedy się żegnaliśmy jesienią, przed naszym powrotem do miasta, miała łzy w oczach i mówiła, że nie wie, czy doczeka następnego razu. Zawsze tak było, więc, he, he, pani Marto, spotkamy się wiosną. A tu patrz. Jakie to proste. Porządek musi być. Sprawy ziemskie poukładać, ogarnąć i dopiero wtedy na niebieskie łąki! Czym sobie trzeba zasłużyć, żeby tak zakończyć życie? Serdeczna była, ale w szorstki sposób. Popędliwa, klęła jak szewc, ale na „majowych”, pod krzyżem, wiodła jako główna wszystkie śpiewy i litanie. To może się Panienka nad nią pochyliła z życzliwością? W mieście dzielni lekarze pewnie walczyliby, żeby jeszcze żyła, wszyscy by biegali i krzyczeli filmową kwestię: - Tracimy ją! A tu, spokój i naturalna kolej rzeczy. W mieście świadome umieranie, psychoterapia, praca z energiami, odpowiedzi na pytania, czym jest życie, czym jest śmierć, bioetyka i różne takie. Na Zaborach nikt nie pyta, bo i odpowiedzi same przychodzą w prostych faktach. Organiście mówiła co roku: - Ty będziesz grał na moim pogrzebie. Teraz organista opowiada, że zawsze do niego zapłakani ludzie przychodzą, a tu zięć Marty, spokojnie, że jak organista nie zagra, to go babka będzie straszyć. Ludziom, którzy czuwali, też się wydawało, że ona zaraz wejdzie do pokoju, nagada i powie im, co mają robić. W kościele śmiech był, kiedy ksiądz wspominając Martę powiedział, że używała „języka anielskiego”. Wszyscy wiedzą, jaki to był język. Kiedy nam kaczkę pieczoną wrzucała ręką na talerze: - No, wpierdalajta, w Warszawie tego nie mata. I rzeczywiście, smakowało wyśmienicie. No to jak jest z tym życiem, wy, mądre sowy? Jakie trzeba wieść, żeby zasłużyć na spokojną śmierć? Moja znajoma, święta kobieta, wychowująca niesprawne dziecko, zawsze pełna uśmiechu i życzliwości, promieniująca miłością, przez miesiąc umierała w bólu, którego już nic nie było w stanie uśmierzyć. Brała na siebie to cierpienie, po chrześcijańsku, żeby innym było dobrze, i co? Chyba na starość trzeba na Zabory. Żeby nie bolało.

 

…Byle doczekać do końca życia,

byle nie wzięli nas diabli,

byle nie bolało, by się dobrze działo,

czas przecież wcale nie nagli.

 

Byle doczekać do końca życia,

byle do kresu doczekać,

później będzie dobrze, później będzie mądrzej,

więc po co teraz narzekać.

 

                            


Podziel się
oceń
53
2

komentarze (4) | dodaj komentarz

De Niro coś do mnie ma

czwartek, 13 grudnia 2012 22:09

Tradycją się staje, że w zimie jestem w Poznaniu. Na kilka dni, ale intensywnie. Noszenie sprzętu nagłaśniającego po licznych schodach, rozkładanie, koncert, składanie, noszenie, przemieszczanie się po rozbudowujących się ulicach Poznania (tak opanowałem, przez wielokrotne powtarzanie, trasę wokół Placu Niepodległości w kwadracie św. Marcin, Marcinkowskiego, Solna, Mielżyńskiego) i kolejny koncert wraz z okolicznościami towarzyszącymi. Szczęściem, mam serdeczne dusze, które osładzają pobyt i wysiłek z tym związany. Jaga i Przemo, Agnieszka i Marek, panie ze szkół i przedszkoli, które częstują herbatą i ciastkami. Gdyby Jaga poszła kiedyś w żywienie zbiorowe lub management estradowy, to polecam gorąco jedno i drugie. Tak samo polecam koncerty w Muzeum Café. Wnętrze wciąga do śpiewania, głos pod szklaną kopułę się niesie, cegła czerwona życzliwa dla dźwięków, a ludzie mili i słuchający.

Ponieważ znów jestem chory, jak to zimą po trasie koncertowej, to i sny mam stosowne. Nie chore, bo one zazwyczaj są nieskalane codzienną świadomością, ale dotyczące ciała i jego kondycji. Spotkałem De Niro w studenckim hotelu. Małe pokoiki, natryski w nieco większych pomieszczeniach, plecaki, ciuchy na podłogach. On, lokator jak ja, mijamy się, uśmiechamy do siebie, trochę rozmawiamy. W którymś momencie mówi, że mnie musi zabić. Z uśmiechniętą twarzą, z charakterystycznym wygięciem do dołu kącików ust. Przyjmuję do wiadomości, nawet się nie martwię, tak widocznie trzeba. On też spokojny, jakby to był fragment codzienności i zwykłych zachowań. Biorę prysznic, wycieram się, ubieram, szukam reszty moich ubrań. On przynosi mi moje rzeczy. Widzę, że to przedmioty z dawnych lat, z różnych okresów życia. Jest instrument klawiszowy, jakiego używaliśmy w zespole Tender, słoiki z klejem kazeinowym z warsztatu w moim gospodarstwie na Śląsku, kronika pełna wycinków z prasy, dotyczących mojej muzycznej kariery, wszędzie ślady piasku, jakby składowane to było na ziemi. Wkrótce wala się to wszystko w jednym z pokojów. Martwię się, że rzeczy poginą, bo teraz jakby były niczyje. Wyjeżdżam dokądś. Do ostatecznych rozwiązań nie dochodzi, ale i tak mam świadomość, że któregoś dnia znowu się spotkamy.

Paczkę dostałem świąteczną od Łosia. Wzruszyłem się, bo kartki pocztowe to już rzadkość, a co dopiero paczka! Wszak serce trzeba włożyć do środka pudełka, opakować i na pocztę zanieść osobiście. Komu teraz tak się chce? Maile i SMS- y to zaledwie blade kopie niegdysiejszych kontaktów. Wysiłek żaden, bo lista mailingowa umożliwia hurtowe życzenia. A osobiste relacje gdzie? Ja tam zawsze odludek byłem i do człowieka się nie garnę, ale widzę, że obyczaje się zmieniają. „Drożdżówka” puszcza w Akademii Rozrywki archiwalne nagrania programów rozrywkowych. Kto teraz tak pisze? Takich słów używa i takich konstrukcji? Kultura słowa do pozazdroszczenia, a nagrania przecież z okresu władzy robotniczo-chłopskiej. To dlaczego teraz powietrze aż drży od banału i plebejskiej estetyki, skoro pełno magistrów dookoła? Że to nierównoważne? Ech, niechby już spotkać znowu De Niro…

 

 

 


Podziel się
oceń
50
4

komentarze (5) | dodaj komentarz

środa, 23 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  266 293  

Kalendarz

« grudzień »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

O mnie

Autor, kompozytor, piosenkarz, psychoterapeuta.
Ceniona postać polskiej sceny muzycznej. Na estradzie od 1978 roku.
Twórca nastrojowych piosenek opowiadających o codzienności, ludzkim doświadczeniu, widzeniu świata z perspektywy zwykłego człowieka.

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 266293

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl