Bloog Wirtualna Polska
Są 1 264 222 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Koty od Warszewskich

środa, 26 sierpnia 2009 10:42

Zeszłego lata na Zaborach złożyły nam wizytę dwa koty. Były młode, identycznie umaszczone, słowem - bliźniaki. Jeden od razu zwinął się w kłębek na tapczanie jeszcze ciepłym od naszego snu, drugi wskoczył na stół w kuchni jeszcze ciepły po naszym śniadaniu. Były trochę różne w zachowaniach, ale oba cechowała pewna nonszalancja i pewność siebie. Jeden nieco lękliwy, drugi bardziej roszczeniowy, obaj silnie zdeterminowani. Dostały więc stosowne imiona i podczas naszych wakacji traktowały nas jak swych prawnych żywicieli. W tym roku okazało się, że śmielszy z nich był kociczką. Pojawiła się na tarasie w połowie naszego pobytu z trójką swoich dzieci. Zapewne kotki dostały od mamy informację: Tu dają jeść. Nie robią nam łaski, bo się nam należy. Jak nie dają, to brać samemu ze stołu. Kuchennego, kiedy oni są na tarasie, a ze stołu na tarasie, kiedy oni są w kuchni. Okazało się, że bliźniaki były od Warszewskich, więc nowe pokolenie podobnie. Wyszło na to, że kupujemy od gospodarzy mleko, by potem karmić ich koty. Taka jest właśnie ekonomiczna zasada kociej demokracji.


Koty są jak ludzie, ludzie są jak koty. Im się należy. Znowu zbierałem śmieci wzdłuż brzegów naszego jeziora. Powód jest taki, że nie lubię siedzieć między torbami po chipsach, puszkami po piwie, pampersach po dzieciach i pudełkach po garmażerce. Zauważam, że śmiecą również wędkarze. Może nie wszyscy, nie chcę uogólniać, na pewno nie ci, którzy wchodzą w kontakt mentalny z rybą i medytują siedzenie, chociaż kto wie. Na metafizyce ich nie złapałem. Młodzi zostawiają głównie puszki po piwie, jednorazowe opakowania ze znanej amerykańskiej sieci i pudełka po papierosach. Ci co bardziej światli, kładą swoje resztki na starych śladach po ogniskach, sygnalizując tym chęć zadbania o środowisko. Wiadomo przecież, że ktoś rozniecając ognisko wszystko to spali. Tu przydatna dla wielu informacja. Butelki po wódce i puszki się nie palą, bo są zrobione ze szkła i metalu i nie podlegają obróbce termicznej. Chyba że w piecach hutniczych, a w lesie o takie trudno. Część ludzi traktuje świat jak jednorazówkę. Tego nas uczy konsumpcyjna kultura i zachłanny biznes. Rośnie nam „nadczłowiek" - król konsumpcji, który z Nitschem nie ma nic wspólnego. Wszystkiego w nadmiarze i na raz. Jednorazowe związki, sztućce i talerze, buty na jeden sezon, jezioro na raz. W końcu tyle ich mamy, w większości - niczyje. Gospodarz ze Złotej Góry, u którego kupujemy jajka, mówi, że kury kupowane w wylęgarniach niosą się jeden rok lub dwa. Czyżby kury jednorazówki także?


Ech, szacunku do ziemi nie da się nauczyć na lekcjach ekologii. To kwestia rodzinnych zwyczajów i nawyków. Poza tym, zawsze znajdzie się jakiś frajer, który po nas posprząta. Jeden z tych, co się roztkliwiają nad złamanym drzewkiem na osiedlu, nad żabką, robaczkiem i niedokręconym kranem.


W tej sytuacji rozumiem potrzebę badania przestrzeni kosmicznej. Jak już wyeksploatujemy i zasramy Ziemię, to polecimy ku gwiazdom dzięki ludzkiemu geniuszowi. Jakiż w tym patos i romantyzm. Ja jednak wolę uważać jak starożytni Babilończycy, że jesteśmy tylko dzierżawcami świata, który Bogowie oddali nam pod opiekę. Jak im się nie sprawdzimy, to znowu ześlą potop. Na razie dostajemy tylko ostrzeżenia. Na razie żyjemy jak koty od Warszewskich. Na cudzy rachunek.

 

 

 

 

 



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Krowa od Warszewskich

środa, 19 sierpnia 2009 11:29

... i tak sobie znów siedzimy na „paradajsie", jemy fasolkę, popijamy pszenicznym niepasteryzowanym, słonko niedługo zajdzie za las, ale na razie zsuwa się powoli po dwóch sosnach, co sobie rosną luźno i szeroko przed domkiem. Oj, dobrze. Mamy czas, chleb no i mleko od Warszewskich, kilometry Borów, a z nich grzyby. Oj, dobrze. Ciekaw jestem, czy takich radości i wdzięczności doświadcza wielki potentat na swoim jachcie w zatoce na Barbados. Czy są to podobne stany spokoju, wzruszenia i satysfakcji z życia? Różne poziomy zasobności, a może radość taka sama?


Krowa od Warszewskich karmi całą wioskę, bo i co to za wioska, trzy gospodarstwa zaledwie i my. Została jak ostatnia matka żywicielka.  Jedna ona, bo już nikomu się nie opłaca hodować. Jedzenia więc ma w bród, chodzi, gdzie chce, po łączkach, nad rowami, czasem w szkodę wejdzie, ale kto by tam do niej miał pretensje. Pewnie tak samo się czuje jak my na „paradajsie", jak potentat na jachcie. Oj, dobrze. Zwierzęta jak ludzie, ludzie jak zwierzęta, ludzie jak drzewa, drzewa jak ludzie. Sosny przed tarasem rosną luźno i szeroko, bo są wolne. Te w uprawach, w równych rządkach, grzeczne, poprawne, wspinają się w górę, do słońca. Kto się nie wyprostuje - karleje, wyradza się lub usycha. Chociaż można spotkać te krzywo rosnące, nawet płożące się po ziemi, które się prostują i wędrują ku niebu. Może po psychoterapii? Albo te, w połowie życia, z drugim, prostym albo zdeformowanym równoległym pniem. Kryzys wieku średniego? Niektóre, zostawione po żywicowaniu  i wyschnięte, jak byli pracownicy korporacji. Najlepiej się mają te na wolnych przestrzeniach. Na polanach, zostawione po wyrębach w gniazdach, na ugorach, miedzach, przy domach. Pełne i proste,  z dużymi koronami, łączące niebo i ziemię. Można usiąść w ich cieniu, a jak mówi podręcznik młodego tropiciela, pokazują jeszcze, gdzie jest północna strona świata - mchem na swej korze. Drzewa pokazują kierunek. Przede wszystkim ziemia-niebo. Bo czego tu więcej szukać? No może głębiej w ziemi. Do korzeni. Lub wyżej, w niebo, ku Mlecznej Drodze.


Tutaj, jak w starej bajce: ... i skąd ty tu dziewczyno? Tutaj ptaszek nie doleci, tutaj wiatry nie dowieją, a tyś przyszła?


A współcześnie: tutaj radio nie dokrzyczy, tu gazety nie doniosą, i tak sobie siedzimy. Tutaj i teraz. Ogień się pali też tak, jak człowiek żyje. Sosna gwałtownie, z fajerwerkami, dużo ognia i zaraz popiół. Dąb, natomiast, spokojnie, długo i z żarem. Kiedyś będę dębem i tego też wam życzę.

 

 

 




Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Miejsce odosobnienia

piątek, 14 sierpnia 2009 15:19

Ktoś mógłby pomyśleć, że miejscem odosobnienia może być tylko Elba,  Wronki albo - z własnego wyboru - leśniczówka Pranie czy Zabory. Otóż nie. Krupówki w Zakopanem, Władysławowo i Jastrzębia Góra też, chociaż w innym rozumieniu. Jak zauważam, starzeję się w sposób zastraszający. Jest we mnie coraz więcej goryczy, krytykanctwa, upierdliwości i zachowawczego konserwatyzmu. Chociaż wczoraj, pod kapslem napoju jabłkowo-wiśniowego odkryłem napis „Jak nie ty, to kto?", więc muszę wytrwać.


Zaczęło się od koncertu we Fromborku. Jestem w połowie, kiedy palące słońce zachodzi za pobliską Biedronkę. Pośrodku ryneczku studnia z pompą, na jednej pierzei zamknięte kino Fregata. Świadectwa nakładających się epok. Widownia reaguje trochę nieufnie na mało znaną muzykę, ale się podoba. Pani burmistrz zadowolona, i o to chodzi. Zacne miasto, z pamięcią wieków. W porcie ryba smażona świeża, bez cholernej posypki. Skwar obezwładniający, więc idziemy sobie do archikatedry. Akurat ma koncert artysta o ambicjach operowych. Niektóre zespoły country śpiewają „Mary Lou" i „Mój koń polubił siana woń...", a on śpiewa „O sole mio" i „Santa Lucia". Włosy ma na Banderasa, więc wiele pań słucha go z zamkniętymi oczami. Nagłośnienie kiepskie, akompaniament z elektrycznego pianina. Tom Jones wodewilu. Wolimy skwar. Szczęściem jest planetarium. Wszechświat wokół mnie ciemnieje, przysypiam trochę w mroku, nawet coś mi się śni. Trochę  żałuję, bo teraz nie wiem, gdzie jest Aldebaran i Arktur. Kopernik robił błąd, badając tylko rozgwieżdżone niebo, może też zresztą przysypiał? Wystarczy popatrzeć na otwarte morze (a jak wiadomo, Frombork leży nad Mierzeją Wiślaną) i od razu wiadomo, że Ziemia jest płaska, co komplikuje nieco jego teorię. Wszystko jest przecież kwestią osobistego doświadczenia, a nie badań naukowych, choćby nawet sprawdzalnych. Odosobnienie nie daje niczego dobrego, bo pozostawia nas w obcowaniu z wewnętrznymi wizjami i teoriami, które potężnieją, nie znajdując szerszego kontekstu. Dlatego też, słusznie rozumując, większość obywateli szuka od-osobnienia, czyli odcięcia się od swej osoby, od swego „ja", utożsamia się z grupą, masą, z tłumem. Udając się na wakacje w miejsca gwarne i tłoczne, znajdują wyzwolenie od codziennej rutyny, zabiegania i obowiązków. Doświadczają zróżnicowanych, ale wspólnotowych bodźców, napierających na zmysły. Masa ta, przemieszcza się po deptakach w sposób nieuporządkowany, wypełnia chodniki wzdłuż nadmorskiej drogi od Helu aż po Świnoujście. Ludzkie morze nad morzem. Tu jedna piąta zarabia, cztery piąte - wydaje. Na jedzenie w różnej postaci, na rozrywki i pamiątki (zauważam zeświecczenie społeczeństwa, już nie znajdziesz Matki Boskiej w grocie z muszelek). Skoro o tym mowa, to jeśli, nie daj Boże, trafię kiedyś do piekła, to ono właśnie będzie wyglądać jak kurort nadmorski.


Próbuję się delektować naleśnikami. Każde miejsce, gdzie się coś sprzedaje, ma swój system nagłaśniający. Jakby to była Jamajka, to bym posłuchał osobistego przekazu, a tu każdy, ile watów w głośnikach, promuje swoją ulubioną muzykę albo ukochaną rozgłośnię. W miejscu, gdzie siedzę, gwiazdą  jest Whitney Huston. Zza okna wychodzącego na sąsiednią restaurację słychać wokalne popisy spod znaku muzyki dance. Strona prawa, karaoke, ktoś wyje „Lato wszędzie". Na wprost, po drugiej stronie chodnika, obrzędowa muzyka Inków w interpretacji potomków tychże. Czyli, „studenta z Chile, Peru i Equador grają muzyka od swojego przodka". Kawałek dalej w rytm bębnów tańczy połykacz ognia. Dźwięki automatów do gier, lasery dyskotek, motocykle i dzieci. Jeszcze wystawa „Jadowite tarantulle i skorpiony". Ja pierdolę. Przecież tak nie można...

Trzeba nam do lasu.

... i tak sobie siedzimy na „paradajsie", jak mówią miejscowi, czyli na drewnianym tarasie. Wieczór powoli zapada, poprzez drzewa widać jeszcze żółtą łunę po zachodzącym słońcu. Wszystko cichnie, słychać nawet poszum nadchodzącego lekkiego podmuchu. Pies zaszczeka po drugiej stronie rzeczki, jakoś tak bez przekonania, bo w rzeczy samej, po co? Drzewa stoją nieruchomo, to i my siedzimy spokojnie. Nic nie trzeba, nikt nic nie musi, głowa luźna, ciało - podobnie. Czas psychicznego detoksu. Na synapsach względny spokój, gruczoły wydzielania dokrewnego leniwie snują swą działalność, a i my podobnie. Na polach, za lasem, kombajny. Ludzie pracują, żebyśmy mieli chleb na śniadanie. My już nie musimy. Zarobiłem na chleb i wystarczy też na abonament, którego tak potrzebuje TV publiczna, by realizować swoją misję. Moja miła złośliwie mi ją unaoczniła, włączając Sopot Hit Festiwal. Wykonawstwo estradowe to chodzenie po różnych schodach, które zbudował scenograf. No bo co tu można robić na takiej dużej scenie? Chyba że zaśpiewać? Oczywiście, jeśli ktoś potrafi i ma coś do zaśpiewania. Po koncercie, po napisach, ukazała się reklama leku na biegunkę. I słusznie. 

 

 

 



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

środa, 23 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  266 309  

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

O mnie

Autor, kompozytor, piosenkarz, psychoterapeuta.
Ceniona postać polskiej sceny muzycznej. Na estradzie od 1978 roku.
Twórca nastrojowych piosenek opowiadających o codzienności, ludzkim doświadczeniu, widzeniu świata z perspektywy zwykłego człowieka.

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 266309

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl