Bloog Wirtualna Polska
Są 1 272 352 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Drogi i ścieżki

środa, 31 sierpnia 2011 12:39

W lesie też musi być porządek. Są drogi szerokie, o dwóch koleinach, głęboko wyciśnięte w ziemi, i te ledwo widoczne, lekko zaznaczone w dywanie z igliwia. Tarasowe, prowadzące z górki, gdzie płynąca woda wraz ze ściółką tworzy sobie małe kaskady, by w słoneczne dni zamienić się w drabinę Jakubową. Drogi zawsze dokądś prowadzą. W konkretne miejsca. Jak nie do Wielkich Zań, to do Złotej Góry albo przynajmniej do skrzyżowania z dużą drogą, która już tam wie, dokąd wiedzie. Te mniejsze - na Żmijowisko, na Heńka łąkę albo nad Małe Zielone. Taką drogą można nawet jechać albo iść obok siebie. Ścieżki, natomiast, to zupełnie osobna historia. Nawet osobista i indywidualna. To, że drogi są dla wspólnot, a ścieżki dla indywidualistów, jest oczywiste. Co innego o tym wiedzieć, a co innego zobaczyć na własne oczy. Czasem ścieżka prowadzi kilometrami i sporo się trzeba nabiedzić, żeby nie stracić jej z oczu. Moja miła uważa, że każda z nich prowadzi do wodopoju (nawet jeśli w okolicy nie ma żadnego zbiornika wody). Jest w tym osobliwa prawda, jeśli ścieżkę potraktujemy symbolicznie. Niektóre z nich przeradzają się w drogi albo do nich dołączają. Inne znowu wiodą na polany, tam pozostają lub je przecinają i wędrują dalej. Delikatnie zaznaczone w miękkim mchu lub wygniecione do białego piasku. Inne, zatracają się na porębach, na nieużytkach i wtedy zostajesz z pytaniem, na co one i komu były potrzebne? Z niektórych więc nigdy nie powstaną drogi, zanikną, bo je zieleń w całości pochłonie. W każdym razie na przełaj nie ma co, bo niewygodnie, ale jak już powędrujesz, zawsze ktoś pójdzie po śladach.


Na wsi, kobiety jak łanie chodzo, wszędzie ład i porzundek – jak mówi pani Janka, i tak też być powinno. Chociaż, ostatnio coś dusi kury. Niektórzy utrzymują, że to kuna. Kazik nawet ją widział u siebie w stodole. Janka  mówi, że to pies od Mariana. – Jak mój, kiedy on uwiązany! – Nie pierdol, bo widzieli, że to twój! Ma okazję się odegrać, bo zeszłego roku to jej pies zrobił mu drobiowy „armagiedon” na całe 150 złotych, które mu honorowo wypłaciła. Porządek musi być, bo przecież za szkody kuny nikt nie zapłaci. Jeśli nawet mieszka kątem u Kazika. A żyć trzeba. Grzybami się trochę dorobi, kurek dużo w tym roku, ale prawdziwków to już nie będzie. Pajęczyn w lesie prawie nie ma. Boćki odleciały, tylko jeszcze jakaś rodzina spóźnionych żurawi drze się na łące. Na jesień idzie.

 



Podziel się
oceń
4
1

komentarze (0) | dodaj komentarz

Wizyty zobowiązują

wtorek, 23 sierpnia 2011 8:16

Na Zaborach już chłodniej. Żurawie się zbierają na obrady, więc chyba niedługo w drogę? Do czego to doszło, że ptaki wprowadzają mnie w  stan smutku przemijania? A może to zwykła zawiść, że one do ciepłych krajów, a ja w śniegi północnej półkuli? Niezależnie od pogody będę się kąpał w jeziorze i będę się starał nie zauważać rżyska po ściętym zbożu i zaoranych pól po zakończonych zbiorach. Większość ptaków już nie śpiewa, bo i po co? Młode pisklaki już fruwają, to i zalotów na ten rok wystarczy. A tu jeszcze zmęczenie po budowie gniazda, po lataniu w pośpiechu z żarciem do tych nienasyconych dziobów, więc komu by tam się chciało znowu uwodzić i pakować się w nowe obowiązki? No może niektórym mężczyznom u ludzi. Chociaż kotka, która się u nas stołuje, znowu w ciąży. Ale sobie wybrała paskudnego partnera! Składa się z dwóch kotów. Czarnego i burego. Uszy ma poszarpane jak zasłużony zawodnik bokserski z dawnych lat, ogon jak patyk, ale widać, że sprawny fizycznie. Jak wiadomo, miłość ślepa jest, a w tym zauroczeniu to i o konsekwencjach też nikt nie myśli. Do stałych rezydentów dochodzi jeszcze piesek od Heńka, ale ten ma swoją michę w domu, wiec niech nie dziaduje. Pojawiła się również Pani Jeżowa. Ja tam po kolcach rodzaju nie rozróżnię, ale moja miła tak utrzymuje. Może to ponadzmysłowe porozumienie płci. Ostatnio jeż się zachowuje niestosownie i ze stołówki wynosi naczynia. Dobrze, że sztućców nie potrzebuje, bo mamy mało. Do tej pory były to tacki spod sklepowych serów, ale ostatnio zniknął talerz z plastyku. Uważamy, że matka (tu by się zgadzało, że kobieta) nosi do gniazda jedzenie jak w słynnych aluminiowych pojemniczkach z lat sześćdziesiątych. Nawet próbowałem się zasadzić, żeby zobaczyć to na własne oczy, ale wystarczyło dziesięć minut braku czujności, by zniknął kolejny talerz, a resztki rozwłóczonych produktów spożywczych znaczyły ślad powrotu do jeżowego domu. Już dawno wiem, że jeże nie zbierają jabłek, nadziewając je sobie na kolce. Zaczynam uważać, że to bardzo kulturalne, pełne godności zwierzątka, które gdyby miały taką szansę, jadłyby korzystając z zastawy i obrusów. Na pewno szybko zyskałyby ogładę, dziękując po posiłku, wycierając pyszczki serwetką i pozostawiając na stole nawet srebrne łyżeczki.  Edukacja jeży będzie teraz moim priorytetem, oprócz siedzenia nad rzeką, jeziorem i na polanie. Obok kamienia, gdzie znaleźliśmy wylinkę żmii zygzakowatej. To naprawdę ważne zadania, bo trzeba te miejsca ponazywać, żeby móc się poruszać jak pomiędzy znajomymi lub we własnym domu. Ponadto trzeba wziąć udział w życiu tego miejsca, jeśli chcę opisywać kolejne dzieje miejscowych zwierząt. Tak już mnie nachodzą, tak o to nękają, że dłużej nie mogę się tłumaczyć brakiem czasu, bo przecież widzą, że siedzę i patrzę w wodę.

 



Podziel się
oceń
6
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Zegar z Dziemian

czwartek, 11 sierpnia 2011 10:15

Dostałem go podczas mojej wizyty w Kole Gospodyń Wiejskich, w trakcie  obiadu z nalewkami. Oprócz wyszywanek kaszubskich i ozdobnej deski do krojenia. W zeszłym roku, niby, ale zegar ciągle przypomina, że tam byłem i może powinienem znowu tam zawitać? Każdy wie, jak zegary potrafią być namolne. Ten akurat nie tyka ani nie cyka, jak powinien, tylko chrupie. Cwany jest. Nie rzuca się na minuty i godziny, bo na raz i tak by nie dał rady, tylko spokojnie, systematycznie chrupie sobie sekundy i w konsekwencji jest w stanie pochłonąć nawet całą dobę. Trzeba mi takiego spokoju, bo chyba zbyt zachłanny jestem, jeśli chodzi o czas i przestrzeń. W ciągu trzech tygodni: Bieszczady,  Warszawa, Kaszuby, Warmia, Suwalszczyzna, Mazury, Warszawa, Kaszuby, Pieniny, Kaszuby. Połykam te godziny i dni, gryzę nawet bez zbytniej świadomości, że to robię. Jak słone paluszki. Któregoś dnia przyjdzie zwrócić, cokolwiek to znaczy. Na Festiwalu w Swornegaciach było pysznie. Tobias Panwitz z zespołu Trailhead śpiewał swoje songi jak sam Dylan, Young, albo inny Taylor, a zespół Fucus koił rzewnymi irlandzko-kaszubskimi piosenkami. Później Reszel z bluesem. Trochę dla mnie za ciężki, bo elektryczny, i za głośny na dziedziniec zamkowy. Gdzie się podziały korzenie? Archaiczne brzmienie z Delty, czerstwe i siermiężne bluesy o codzienności. Znowu słowo przytłoczone jest przez muzykę, aranż i czad. Nawet w bluesie, który był słownym przekazem przede wszystkim. W Mrągowie podobnie, chociaż, jak mówi skrzypaczka Dominika z grupy Furmana, to jedyny festiwal w Polsce, gdzie śpiewa się normalne piosenki, normalnym głosem. Niemniej, jednak, ratowałem się później pobytem pod Suwałkami, gdzie życzliwi ludzie, kuchnia obfita, a jak wiadomo, na frustracje dobrze jest się czasem nażreć. Wracałem niby od rodziny ze wsi, z woreczkami warzyw z pola. Trzy piosenki napisałem na zapas do Szkła Kontaktowego. Zobaczymy, czy się wstrzelę w wydarzenia, czy mam proroczą intuicję jak Nostrodamus lub przynajmniej Wernyhora czy inny Wajdelota. W Szczawnicy po koncercie usłyszałem swoisty komplement od Ważnej Osoby: to niezwykłe, ludzie nie wychodzili i słuchali! No cóż, gra się troszeczkę. Tyle jeżdżenia i brak czasu na refleksję. Nawet nie zwróciłem uwagi na góry. A one mają swoje imiona, żeby chodzić między nimi jak między swoimi, żeby się nie pogubić, nie zabłądzić. Dobrze jest mieć Swornegacie, Reszel, Dowspudę, Szczawnicę, oswojone miejsca z dobrymi znajomymi, tylko za szybko się do nich jeździ. Dawniej podróżny powoli się zbliżał do miejsca przeznaczenia, krajobraz się zmieniał stopniowo, góry ogromniały z każdym dniem, był czas na powitanie, na poznanie miejsca. Nie bez powodu mówi się, że ktoś z kimś się zbliżył. Był czas na niecierpliwość przed spotkaniem, radość pobytu i czas na wspomnienia w drodze powrotnej. A teraz? Wpadam jak po ogień, chrupię minuty jak zegar z Dziemian i zaraz jestem w innym miejscu. Jak, psiakrew, teledysk z szybkim montażem ujęć. Chyba już pora na Zabory. Tu słońce odmierza czas, a nie zegar. Bo przecież jest oczywista różnica między czwartą rano, a czwartą po południu?  Słoneczko to wie, a zegar chyba nie.  

 



Podziel się
oceń
8
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

poniedziałek, 20 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  268 446  

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

O mnie

Autor, kompozytor, piosenkarz, psychoterapeuta.
Ceniona postać polskiej sceny muzycznej. Na estradzie od 1978 roku.
Twórca nastrojowych piosenek opowiadających o codzienności, ludzkim doświadczeniu, widzeniu świata z perspektywy zwykłego człowieka.

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 268446

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Wiadomości