Bloog Wirtualna Polska
Są 1 272 352 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Trudne zaparcia

środa, 30 września 2009 11:12

Właśnie wysłuchałem w radiu reklamy leku regulującego trawienie. Zauważam, że z tym problemem borykają się głównie kobiety, bo reklamy są z ich udziałem, a co za tym idzie, są do nich skierowane. Mowa tu o trudnych zaparciach, wzdęciach i biegunkach, co jest raczej tematem tabu w towarzystwie, ale nie w reklamie. Intymność, fizjologia, seks są coraz częściej i śmielej wykorzystywane jako nośnik tematu, który posługuje się w tym celu wizerunkiem córek, żon i matek. Czekam, bo wszystko ku temu zmierza, na reklamy podpasek i tamponów wraz z pokazową ich aplikacją. Instruować będzie aktor, który wcieli się w rolę ciepłego, życzliwego ginekologa, pouczającego bezradną, ciapowatą kobietkę. Jak choćby w reklamach proszku do prania. On to, jak Prometeusz, dzierży i przekazuje torbę proszku wykradzioną z Wiodącego Laboratorium. One, wpatrzone w niego, z wdzięcznością i uwielbieniem, bo oto nadszedł koniec ich kłopotów.


Kto reklamuje papier toaletowy? Kobieta. Panowie od marketingu, pokażcie wreszcie, jak się go stosuje! Mówienie o jego delikatnym dotyku rozpala moje oczekiwania! Idźcie dalej! Bez fałszywej pruderii i zakłamania! Jak mam doświadczać aksamitnego dotyku? Niech ta pani wreszcie to pokaże! Kobiece ciało wykorzystują producenci kosmetyków, słodyczy, produktów żywnościowych, przyrządów gospodarstwa domowego, ale też rur, złączek i blachy dachowej. O ile rura jest skojarzeniem tak oczywistym, że aż żenująco banalnym, to blacha? Że pokrycie dachowe? Bo o Kotce... Tennessee Williamsa target chyba niekoniecznie wie? A skoro już o złączkach, trójnikach i kolankach mowa, to równie niesprawiedliwe jest pokazywanie bez ograniczeń w filmach, nie tylko erotycznych, kobiecych piersi i łona. A gdzie są męskie narządy? Od czasu do czasu przemknie jakiś cień, ale na pełny wzwód chyba jest jeszcze cenzura.


Z reklam wyłania się wizerunek kobiety, której jedynym problemem jest: co ugotować, w czym, jak to później wszystko zmyć i uprać. Poza tym, jak poradzić sobie z bólem różnych narządów, który przecież uniemożliwia wykonywanie wspomnianych uprzednio czynności, i uniknąć zatwardzenia lub, wręcz przeciwnie, biegunki, by w harmonii cieszyć się (wraz ze swym ukochanym mężczyzną i dziećmi) czekoladkami, czarną kawą i puszystym twarożkiem. Doprawdy, kobieto, jesteś tego warta!

Mężczyzna, natomiast, o, to już co innego. Nigdy nie przykleja sobie sztucznej szczęki, nie używa papieru toaletowego, nie pierze, nie zmywa, pije piwo oganiając się od wilków, zdobywa góry, zwycięża w wyścigach. Goli się gładko, by doprowadzić kobiety do szaleństwa, a kiedy użyje dezodorantu pod pachami, to one uwiedzione zapachem prawie doświadczają orgazmu.


Mężczyzna nigdy nie powinien się zgadzać na uczestnictwo w reklamie giętkich węży ogrodowych, wierzby płaczącej lub plasteliny. Może natomiast polecać drut i pręty zbrojeniowe, walcowaną stal, wiertła i młoty udarowe. Jeśli bieda go przyciśnie, to niech, ewentualnie, sławi lek na prostatę, ale tylko wtedy, gdy w obrazku pojawi się ukryta sugestia, że dzięki tym tabletkom jest w stanie współżyć pięć godzin bez odpoczynku (w tle spocona, chwytająca ustami powietrze kobieta). Jeśli już lek na wzdęcia, to tylko w taki sposób: wizerunek dzielnego żeglarza, z twarzą pooraną bruzdami, w tle ryczący ocean. On ujmuje w palce pełne blizn od fałów małą pastylkę, łyka ją (bez popitki) i prowokacyjnie mówi do kamery: ja już mam potężne wiatry, a ty?

Działy Marketingu! Do twórczej i kreatywnej pracy! Przekraczajmy wstydliwą, mieszczańską estetykę! Niech burzą się (jak gazy jelitowe) feministki i feminofile. Niech zwycięża podstawowy wizerunek rodziny z jego wyznaczonymi rolami! A nie zapominajcie o sentymentalnych i łzawych akcjach sprzedaży z wizerunkiem nieszczęśliwego dziecka. Target jest wrażliwy i zareaguje popytem. Pieluchomajtki z wizerunkiem krzywicznego Murzynka z Afryki. To dla niego kilka grosików z tych pieniążków ze sprzedażki. Plazma z funkcją beep i sryp za jedyne cztery tysiące bez vatu, dla smutnego pieska i kotka! Wyślij jak najwięcej kuponów, może zostaniesz Dobroczyńcą Roku?! Nie powstrzymuj się (chyba że masz trudne zaparcie, he, he, he) - wolny człowiek kupuje!

 

 



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (25) | dodaj komentarz

Niebieskie plany

czwartek, 24 września 2009 11:13

Gościł nas Romek i jego śliczna Tereska (jeszcze nie wiem, kto kogo ma w tym związku, ale się dowiem). Zajęli się nami wspólnie, serdecznie i troskliwie. Gadałem z Romkiem do późnych godzin nocnych o poezji. Wolałbym z Tereską, bo ona dużo wie o pszczołach, a to temat prawie metafizyczny. Poezja, natomiast, to już codzienność i grzebanie się w ego. Prawa gościnności są święte, więc o społeczności pszczół wiem zaledwie tyle, że jeśli jak niedźwiedź chcesz się dobrać do cudzego miodu, to dostaniesz prądem po ryju. To już lepiej teoretyzować lirycznie.


Siedzę na łączce nad Hapkowcami. Z prawej też sobie siedzą Osina i Berest, a z lewej po skosie Mochnaczka i Krzemienna. Dalej, w malarskiej perspektywie, kolejne plany. Z zieleni przechodzące w błękity kolejne pasma gór, co się nazywają Bieszczady. Siedzę sobie lub łażę. Jak siedzę, to po mnie łażą mrówki, a jak łażę, to wydaje się, że mrówki siedzą, tak szybko chodzę. W górach człowiek, czyli ja, doświadcza różnego rodzaju refleksji i emocji, które później pojawiają się w próbach opisania tego doświadczenia w wierszach lub w tak zwanym „bieszczadzkim śpiewaniu". Był jeden, co mu się udało, Harasymowicz się nazywał, Jerzy mu było na imię. Chyba go góry wybrały na swego mówcę, na rzecznika prasowego, bo docierał do prawdy, do esencji. Jak to zwykle bywa, stworzył pewien kanon opisu zdarzeń i emocji. Różni później próbowali i próbują tworzyć w tej samej estetyce i nie zawsze im się udaje. Szukają siebie we wzorcu, a nie tworzą własnego stylu poprzez osobiste doświadczenie. Ja, na ten przykład (bo pisanie to niekończące się ja, ja, i znowu ja, ja w świecie i wreszcie nie ja - tylko świat), siedzę i łażą po mnie mrówki. Czerwone to dranie, gryzą boleśnie, rude są w porządku. Tylko chodzą. Gdybym miał być mrówką, to tylko rudą, ale od czasu do czasu czerwoną, żeby komuś z jadem dopieprzyć. Chociaż ślinianek jadowych wychowanie mnie skutecznie pozbawiło, to czasem się staram. Teraz patrzę na góry z radością i zachwytem. To coś pomiędzy płaczem z wdzięczności, a euforią, że to widzę. Widzę i jestem tego częścią. Otacza mnie piękna przyroda, jestem w niej i jestem nią. Bliski animistycznym wierzeniom i heretyckiemu przekonaniu o panteistycznej idei Boga. Teoria ewolucji mnie nie przekonuje, chyba że jest realizacją zapoczątkowanej i zaprogramowanej sekwencji. Cieszę się więc i zachwycam, „chwalę góry na harfie, chwalę góry na cytrze", dziękuję za miejsce dla mnie i mrówek. Rudych i czerwonych. Jak więc mam się odnaleźć w konwencji, w estetyce piosenki bieszczadzkiej, która jest (w ogólności) pełna melancholii, sentymentalnej zadumy, smutku niemalże?


W pokoiku nad Siekierezadą w Cisnej graliśmy sobie pospołu. Agnieszka, Teresa, Natalia, później ja. Zielonki słuchali i różni inni spragnieni muzyki i słów. Pytałem później, czy mieszczę się jako twórca w górskiej estetyce. Dostałem trochę enigmatyczną odpowiedź, „bo twoje piosenki są takie optymistyczne". Czyli chyba nie pasują? Bieszczady to historia i ludzie. Indywidualności i indywidua. Krew, pot i łzy, ale też piękno stworzenia. Każdy jest tu w jakimś stopniu poetą, malarzem, pisarzem. W stopniu mniej lub bardziej uświadamianym. Zależy to od doświadczania siebie, swoich emocji, a nie od powielania estetycznych wzorców. Czy smętnie zawodzisz śpiewając „alleluja"? Przecież wszyscy wiedzą, że znaczy to „radujmy się"!


I czy nie śmiesznie brzmią słowa księdza, wypowiadane ponurym głosem - „pierwsza tajemnica radosna"? To uleganie pewnym konwencjom, bez osobistego doświadczenia. To słynny „czas zadumy i refleksji" w przypadku bolesnych społecznych wydarzeń, bez odwołania się do osobistego „co czuję?" Z człowiekiem jest tak samo jak z krajobrazem. Żyjesz w jakimś miejscu, więc go nie zauważasz. Jak ryba w wodzie, która wody nie opisuje. Chyba że znajdziesz dystans. I do siebie, i do miejsca. Co widzisz i czujesz, wędrując górskimi ścieżkami? Co, gdy jedziesz samochodem asfaltową szosą? Co, gdy pływasz pod żaglami? Co, kiedy idziesz ulicami miasta? To są ze wszech miar indywidualne doświadczenia, niedające się zamknąć w określeniach: piosenka turystyczna, country, shanties czy rock. A wtedy - albo robisz to po swojemu, albo ulegasz ogólnie przyjętej estetyce i ją powielasz. Pisz jak ty, a nie jak Harasymowicz. Maluj nie jak Nowosielski, śpiewaj nie jak Eva Cassidy. Wiem, wiem, bardziej podobają się zespoły grające covery, które brzmią „zupełnie jak oryginał"!


Ale przecież, spotkałem w Nowym Sączu rzeźbiarza, który nie robił coverów frasobliwych. Jego Matka Boska podrzucała dzieciaka w górę, jak każda matka, kiedy się z nim bawi. Jego Ostatnia Wieczerza była wokół stołu, a nie frontem, jak do zdjęcia. Tu chodzi o słowa, które usłyszał malarz Styka podczas pracy nad religijnym obrazem: Ty mnie nie maluj na kolanach, Styka. Ty mnie maluj dobrze!


No właśnie, dobrze, czyli tak, jak to czujesz i widzisz. W zgodzie ze sobą, swoją wizją świata i swoim warsztatem twórczym. Ludzie i tak poczują, że to prawda, chociaż, być może, będzie to wbrew umownej konwencji, do której są przyzwyczajeni.

W 11 numerze „Lasu Polskiego", w zamykającym felietonie, autor pisze o etykietowaniu. Upraszczając, kto jest ekologiem, a kto leśnikiem. Całość zamyka złota sentencja: leśnik to nie zawód, to stan umysłu. Pięknie!


Tak samo jest z poetami. Leśnik może być poetą i poeta może być leśnikiem. Poeta to stan umysłu, a nie przynależność do strukturalistów czy metafizyków. Bo i tak nie wiadomo, jakie są niebieskie plany z nim związane.

 

 

 



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Zobaczyłem Światło!

czwartek, 17 września 2009 9:53

Jest taka stara religijna piosenka Hanka Williamsa, którą teraz śpiewają różne zespoły muzyczne i chóry:


I saw the light , I saw the light                    (Widziałem Światło,

No more darkness, no more night.              Nigdy więcej ciemności i nocy.

Now I am so happy no sorrow in sight.     Jestem szczęśliwy, nie ma smutku.    

 Praise the Lord, I saw the light.         Chwalmy Pana, bo zobaczyłem Światło.)

 

Byłem w Toruniu na konferencji dotyczącej osób w stanie śpiączki, którą zorganizowała Fundacja Światło. Prezes Janina Mirończuk i jej niezwykły zespół prowadzą Zakład Opiekuńczo-Leczniczy, w którym osoby pogrążone w śpiączce są otoczone stosowną opieką. Przygotowuje się je do powrotu z „nieobecnej w atlasach krainy". Przez kilka lat pracowałem z przypadkami śpiączki. Na Oddziałach Intensywnej Opieki Medycznej, w hospicjach, w prywatnych domach. Wiem, co to znaczy szukać kontaktu z osobą, nad którą wisi skazująca diagnoza „nie rokuje". Godziny spędzone przy łóżku, by znaleźć sygnał, język, w którym pacjent jest w stanie się porozumieć na jego warunkach i w sposób dla niego możliwy. Bez pełnego pychy oczekiwania, że odpowie tak, jak tego oczekuję. Ja, człowiek komunikujący się bez problemu. Sam doświadczyłem wtedy nonszalancji, buty, protekcjonalnych zachowań akademickiej medycyny. To ona przecież stawia diagnozy, posługując się skalą Glasgow, badaniami laboratoryjnymi, tomografią komputerową. Pacjent „nie rokuje", więc co ja tu robię? Wiem coś więcej? Podaję w wątpliwość badania naukowe i opinie profesorów? Tymczasem żadne badanie pozytronowe, żaden komputer i żaden profesor, nie odkryli, co to jest świadomość, gdzie się znajduje i co się z nią dzieje w stanach apalicznych. A rodziny, które uważają, że ich bliska osoba czuje, słyszy i komunikuje, ulegają myśleniu życzeniowemu?


Salowe mogą tłuc szczotką w łóżko, bo pacjent nic nie słyszy? Pielęgniarka może walić zastrzyk bez ostrzeżenia, bo on nie czuje? A lekarz może przejść obok łóżka, nie zatrzymując się, bo pacjent nie mówi „dzień dobry, panie doktorze", więc nie komunikuje?


Powoli się starzeję, a co za tym idzie, mogę się spodziewać częstszych kontaktów ze służbą zdrowia, z opieką medyczną w naszym kraju. Wiem, że będę dla większości ludzi w białych fartuchach przypadkiem. Wątrobą, nerkami lub sercem. Że nie wszyscy lekarze i niższy personel radzą sobie z rangą społeczną, że bardziej lub mniej świadomie będą mi dawali odczuć, gdzie jest moje miejsce w tej hierarchii. Rozumiem, bronią się przed wypaleniem zawodowym, ale nie widząc we mnie czującej istoty, wykluczają sens słowa „opieka" medyczna.


To wobec nas, w pełni świadomych i porozumiewających się z otoczeniem. A co z tymi, którzy zanurzyli się w nie znanym dla nas świecie? Stąd bliżej do transów, stanów mistycznych, metafizyki, esencji życia, aniżeli do sprawdzalnych badań naukowych i teorii. Czy dlatego tacy pacjenci  są odsyłani do domów z ukrytą (lub nie) sugestią, że już nie warto się nimi zajmować, bo właściwie to już nie żyją? Że ich miejsce jest w hospicjach. Robią to lekarze, którzy rzucają się, by przywrócić do życia wiekowego dziadka, na którego przyszedł już czas, a on się z tym już pogodził. Krzyczą „tracimy go" i walczą ze śmiercią. I znów ta semantyka. „Tracimy go", to znaczy, że go mieliśmy, był nasz, my decydujemy? To ci, którzy wraz z bioetykami występują przeciw eutanazji. A zaniechanie opieki wobec stanów wegetatywnych, brak pieniędzy na nią, niejasna sytuacja prawna osób w śpiączce i ich rodzin, to nie jest eutanazja? To ciągle są obywatele tego kraju, którymi państwo ma obowiązek się zaopiekować! A może jest jakaś ustawa, która określa, kiedy przestajemy być pełnoprawnymi członkami społeczeństwa? Kto ma prawo z niego wykluczać? Lekarz i jego diagnoza, urzędnik ministerialny i ustawodawca?


Arnold Mindell, twórca Psychologii Procesu, używa określenia „cienie miasta", by nazwać grupy osób żyjących poza polem społecznym. To ci, z którymi „zdrowe" społeczeństwo nie chce się utożsamiać. Osoby upośledzone, dysfunkcyjne psychicznie, narkomani, bezdomni. O ile państwo buduje pewne struktury, powołuje instytucje podejmujące próby resocjalizacji tych ludzi, to nawet wśród „cieni miasta" nie ma u nas miejsca dla osób w śpiączce.


Nie wiemy, co się wydarzy w naszym życiu, prawda? Możemy stawiać sobie cele, realizować swoją osobistą historię, ale nie mamy wpływu na to, co nas spotka. Jak mówił kiedyś John Lennon: Życie przydarza nam się wtedy, gdy mamy zupełnie inne plany. Jeśli, nie daj Boże, któregoś dnia znajdę się w śpiączce, to wiem, że przy mnie pojawi się Bogna, Justyna albo Grzegorz. Któreś z nich siądzie przy moim łóżku, zestroi swój oddech z moim, zobaczy, co dzieje się z moim ciałem, jakie płyną ode mnie sygnały i w pewnym momencie powie: Witaj, mam na imię Bogna, jestem tu naprawdę. Jeśli będę pobudzony, to w tym momencie moje ruchy się zatrzymają. Ona zobaczy napięcie na mojej twarzy, jakbym słuchał. Jeśli będę leżał bez ruchu, to pod wpływem jej słów zacznę się ruszać, jakbym chciał powiedzieć: Ojej, co to, czuję kogoś obok siebie! Później będą długie godziny obserwacji, szukania małego drgnienia mięśnia, ruchu powieki, który świadomie będę potrafił wykonać. Czy pan, panie doktorze, panie pośle, panie ministrze, ma takiego przyjaciela albo przygotowanego fachowca, tak na wszelki wypadek?


Są pewne próby odmiany tej sytuacji. Walczą o to rodziny, przejmując ogromny ciężar finansowy opieki. Borykają się z zaburzeniami emocjonalno-motywacyjnymi,  które dotykają całego systemu rodzinnego. Przełykają gorycz samotności, zostawieni przez służby medyczne pomiędzy rozpaczą a wściekłością. Łączą się w grupy samopomocowe, skupiają się wokół ludzi i organizacji, które inicjują zmiany. Takim pionierem i liderem jest Fundacja Światło. Ostatnia konferencja pokazała, że już czas na spotkanie świata nauki, praktyki i osobistego doświadczenia.  Czas na wysłuchanie opinii z różnych punktów widzenia, różnych teorii, które pomogą w pełniejszym rozumieniu istoty śpiączki. Z tak poszerzonych badań, metod, sposobów pojmowania, na pewno wyłoni się większa podstawowa wiedza i nowe sposoby pracy z tymi stanami. Różnorodność referatów, i przedstawiających je specjalistów, świadczy o zjawisku wykraczającym poza ramy tylko przypadku medycznego. Spotkanie etyków, psychologów, lekarzy, logopedów, rehabilitantów, seksuologów, a nawet prawników, mówi i o powadze, i o niezwykłej złożoności problemu. Daje nadzieję rodzinom i ludziom, którzy na co dzień pracują ze śpiączką. Z szacunkiem i wzruszeniem zauważam jedność i siłę osób, które walczą o zmiany. Podziwiam skuteczność, wytrwałość i żmudną pracę, ale przede wszystkim miłość do drugiego człowieka, która jest większa od wszystkich metod i teorii razem wziętych. I o tej miłości mówił spektakl teatralny, prezentowany w ramach konferencji w teatrze Baj przez zawodowych aktorów i amatorów, rekrutujących się z Fundacji i jej przyjaciół. Sztukę „Miasto Aniołów II - Anatomia miłości", oglądałem z dwóch perspektyw. Jako były student Wydziału Wiedzy o Teatrze i psychoterapeuta Instytutu Psychologii Procesu. Student w pewnych momentach by się czepiał scenariusza, dialogów, sposobu przedstawiania problemów i emocji, ale zamilkł, kiedy doświadczył wizji autorów i aktorów. Jeśli spektakl potrafi wywołać wzruszenie, pragnienie życia w świecie życzliwości i podstawowych prawd etycznych, to naprawdę nieważny jest warsztat, umiejętności aktorów i ryzykowne przedstawianie uczuciowości, bo nagle wszystko staje się prawdą. Potrzebą, tęsknotą za taką rzeczywistością i życiem w niej. To odwołanie się do podstawowych prawd i zasad, które powinny rządzić światem. Zgoda na życie, ale też na śmierć. Widzenie siebie, ale też, innych. Bycie z drugim człowiekiem tak bliskie, by zobaczyć go w sobie. Jeśli ludzie tworzący tę sztukę mają taką wizję świata, to potrafią przenosić góry i mają Boga po swojej stronie. I saw the light!

 

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

poniedziałek, 20 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  268 450  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
282930    

O mnie

Autor, kompozytor, piosenkarz, psychoterapeuta.
Ceniona postać polskiej sceny muzycznej. Na estradzie od 1978 roku.
Twórca nastrojowych piosenek opowiadających o codzienności, ludzkim doświadczeniu, widzeniu świata z perspektywy zwykłego człowieka.

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 268450

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Wiadomości