Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 264 221 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Znów pora na sezonowe zupy

środa, 29 września 2010 13:56

Pojadłem rosołu i trochę mi lepiej, chociaż sezonowa depresja trzyma mnie od rana. Nic dziwnego, patrzę w okno, z nosa mi kapie, z nieba podobnie. Nawet mnie to wzrusza, że pogoda chce mi towarzyszyć i się do mnie dostosowuje. Ciemne chmury wiszą nad ziemią, takuteńkie jak moje myśli. Mam temperaturę trochę powyżej 35 stopni, czyli wewnętrzny chłód, to i na zewnątrz jest zimno. Ludzie też się ze mną solidaryzują i chodzą zgarbieni jak ja, skulony w sobie. Tak się dzieje, kiedy człowiek ma dążenia wielkościowe i chorobliwe ambicje. Więc wolę uważać, że to aura ma na mnie taki wpływ.  Męczyłem się w nocnej malignie, bo miałem grać koncert, a nie mogłem zmienić zerwanej struny. Ciągle mi się plątała albo zaczepiona wywlekała jakieś stare łachy. Festynowa publiczność, jak to ma w zwyczaju, denerwowała się oczekiwaniem. Później nie mogłem znaleźć kostki, ciągle zmieniałem miejsce, ktoś grzebał mi w plecaku, gdzie trzymam dokumenty. W końcu usłyszałem wrzask: Graj, pierdolony muzyku! To jeden z żołnierzy, którzy wyszli na przepustkę, wyraził swoje zniecierpliwienie.

Tak naprawdę, chyba już mi się nie chce grać. Czekają niewydane płyty, a ja bym wolał do lasu, bo chyba to, co miałem w życiu zagrać, już zagrałem. W lesie jest inna muzyka. Słyszę, ale nie potrafię jej powtórzyć. Prawdziwa jest, a ja tylko ją nieporadnie udaję. Może czas na spotkanie z Nauczycielem? Poprzedniej nocy też nie było lekko. Zdecydowałem się na pisanie biografii Karola Wielkiego. Decyzja spowodowała, że grupa Chińczyków w  jednakowych militarnych kostiumach, jak z filmów Zhanga Yimou, zagrażająca mi do tej pory, zaczęła znikać, rozpływać się. Jakby dokonywanie ostatecznych wyborów zabierało energię pozostałym aktualnym problemom (bo problemy mają swoją energię, czyż nie?). Nie wiem jeszcze, jak Karol ma się do mnie, ale w końcu też prowadziłem wojny na rubieżach (moje wewnętrzne) i poza granicami państwa (relacyjne). I tak jak podbite plemiona i ziemie trwały w poczuciu swej odrębności i tęsknocie za samodzielnością, tak i moje wewnętrzne dążenia i nieuświadomione pragnienia chciałyby żyć. A frankijskie prawo Karola chce być jednolite i obowiązujące wszystkich. No to zobaczymy, kto kogo przekona.

A, tak sobie rozmyślam, patrząc w okno, bo mam trochę czasu. Jakbym za bardzo w tych sennych stanach odleciał, to niech mi ktoś przepisze jakąś chloropromazynę, bo raczej na sezonową depresję to mi nie wygląda. No chyba że to jej maska. Zobaczę, co dzisiaj mi się  przyśni. Wszystko się wyjaśni. Teraz, natomiast, uważam, że każdy z Polaków powinien mieć na czas zimy domek na południu Hiszpanii, albo w innym ciepłym i słonecznym miejscu, by tam spędzać nasz czas chłodu. Niech nam to gwarantuje  Konstytucja. Jeśli nie będzie tak, jak chcę, to nie podam ręki żadnemu z polityków. Karol Wielki.


PS. Dziękuję za miłe wpisy. Dalej będę się starał. Obiecuję, że będę jak stolarz z opowieści Szwejka, który tak zręcznie potrafił wysmarkać się na szybę i rozetrzeć to wszystko rękawem, że powstawał z tego obraz Libuszy zwiastującej sławę Pragi. Za to regularnie dostawał po łbie od swojej żony, ale się tym nie przejmował i w sztuce swojej dalej się doskonalił.

 



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Historia według ludzi

czwartek, 23 września 2010 9:40
Wracam z lasu do miasta i nagle okazuje się, że świat tutaj jest całkowicie odmienny. Jakby rządził się innymi prawami. Jakby wszystko to, co dzieje się w Warszawie, nie dotyczyło naszych Zaborów. Wiem, że to pozory. Cokolwiek wydarzy w stolicy, rozpełza się po kraju jak paląca lawa, trujące opary, jak lawina błotna. Warszawa daje przykład zachowań, stylu, obyczajów, bo ją się najczęściej pokazuje. Na Wiejską jest blisko, na Krakowskie podobnie. Reporter chwyta smakowite społeczno-obyczajowe kąski i przekazuje dalej. Trwa niekończący się serial, tym bardziej fascynujący, że każdy z nas utożsamia się z aktorami dramatu. Chociaż, niektórzy widzą w tym farsę, groteskę lub tragedię. Bohaterzy tego widowiska są różnie przez odbiorców traktowani. Dla jednych będą to czarne charaktery, dla innych - zbawcy narodu. Jakby sens tego przedstawienia i jego charaktery widz budował sobie sam. To niewątpliwie odkrywczy performance, w którym my sami tworzymy znaczenia. Prawdę lub fałsz. Poznajemy suche fakty, ale już ich interpretacje są naszym udziałem. No może politycy dyskretnie sugerują, jak należy patrzeć na sprawy, ale my sami dzielimy się na grupy fanów, przeciwników, wyznawców lub kontestatorów i zanurzamy się w osobiste prawdy. Przed chwilą usłyszałem w radiu dziennikarkę wyraźnie opowiadającą się po konkretnej stronie sporu politycznego. Przed niechybnym zwolnieniem jej z przyszłych demokratycznych mediów, rzutem na taśmę przedstawiała usłużnie swego politycznego mistrza, ozdabiając audycję piosenkami Jacka Kaczmarskiego z okresu stanu wojennego. Przesłanie było aż nadto wyraźne. Nie ma wolności, rządzi nami wróg, ale się nie ugniemy. Być może polegniemy w tej nierównej walce z reżimem, ale nasza krew będzie świadectwem niegasnącego ducha wolności. Ciekaw jestem, co tam sobie myśli Jacek kiedy patrzy z góry na zawłaszczanie jego słów i umieszczanie ich w innym kontekście. Wiele osób podłącza się do cudzego scenariusza. Może już czas napisać własny? W końcu i tak my, zwykli ludzie, od wieków decydujemy o biegu historii.
 

Ja jestem lud


Ja jestem lud, znasz moją siłę,

Wzniecam rewolucje, zdobywam Bastylie,

Obalam reżimy, republiki tworzę,

Gdy trzeba przechodzę przez Czerwone Morze.

Taki jest lud, niszczy albo tworzy,

Rodzi się z pożarów, podnosi z pożogi.


Możesz mnie uwieść, ogłupić wyższą racją,

Zasłonić się Bogiem, Ojczyzną, Demokracją,

Nie myśl, że mnie zwiedzie twoja mina harda,

Jeśli mnie oszukasz, skoczę ci do gardła.


Ja jestem lud, znasz moją siłę,

Wzniecam rewolucje, zdobywam Bastylie,

Obalam reżimy, republiki tworzę,

Gdy trzeba przechodzę przez Czerwone Morze


Możesz mówić o mnie, że jestem tępy motłoch,

A jednak drżysz przede mną i wpadasz w popłoch.

Zanim pierwszy kamień do salonu wpadnie,

Postaraj się okazać swój szacunek dla mnie.


Ja jestem lud, znasz moją siłę,

Wzniecam rewolucje, zdobywam Bastylie,

Obalam reżimy, republiki tworzę,

Gdy trzeba przechodzę przez Czerwone Morze.


Ja jestem lud, ja dokonuję cudów,

Pamiętaj o tym królu, co pochodzisz z ludu,

Obalam reżimy, tyranom nie daję zasnąć,

Kim jesteś wobec mnie, partyjny watażko?







Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Przysmak dworski

środa, 15 września 2010 9:53

Na Zaborach mamy dwa rodzaje kultury. Naturalną i napływową. Naturalna jest codziennością, ale zawiera w sobie również elementy kultury wysokiej, kiedy obcuje się z lasem, z rzeką i jeziorem. Napływowa, natomiast, pojawia się wraz z kajakami pełnymi uczestników eventów i innych grup zorganizowanych. Wesołe pohukiwania mężczyzn, piski pań wypełniają nadbrzeżne łąki, bo właśnie tutaj płaskie brzegi umożliwiają postój. Korzystając ze szczęśliwego lądowania konkwistadorzy robią na stałym lądzie siku, a nierzadko również kupę. Zawsze wybierają ustronne miejsce, ukryte przed oczami uczestników spływu. Za potężną pryzmą ziemi, usypaną wzdłuż brzegu w czasach, kiedy powstawał staw Janusza. Miejsce z drugiej strony jest otwarte na drogę, most i nasze okna. To wojażerów zupełnie nie zraża,  załatwiają podstawową potrzebę i rozglądają się przy okazji, korzystając z chwili wymuszonego bezruchu. Patrzą na warzywnik Ewy albo na nas, siedzących na tarasie, albo na malowniczą górkę nad naszymi domkami, gdzie wiekowe sosny stoją  w podobnym zatrzymaniu, pijąc wilgoć z ziemi. Po takiej wizycie rzeką płyną - a to flaszka po wódce, a to puszka po piwie, a to znów torba po chipsach lub pudełko po soku.


Powietrzem, natomiast, napływają do nas fale przekazu popkultury za pośrednictwem radia i TV. Radio tu nie najlepiej odbiera, więc tylko czasem, o poranku, słuchamy radośnie wyluzowanych i energetycznych głosów dziennikarzy radia Zet (bo ono tutaj najmniej trzeszczy) i najważniejszych newsów. To „miastowa" energia, do tego miejsca nieprzystająca. Wieczorem, zaś, ja oglądam filmy sensacyjne, gdzie ktoś się mści albo też zabija bez powodu. Robię to z ukrywanym wstydem wobec mojej miłej, bo ona jest zwolenniczką sztuki intelektualnej i patrzy na mnie z charakterystyczną ciepłą dezaprobatą lub używa technik prześmiewczych. Czasem posuwa się do karcenia wprost, ale zazwyczaj dzieje się to w trakcie decydującej akcji, więc nie czas na stanowczy odpór, kiedy bohater ma zginąć lub właśnie kogoś zabić w akcie zemsty. Później nawet złość mi mija, bo właśnie filmowa postać pośrednio rozładowała moje emocjonalne napięcie. Żeby połączyć się w akcie zbiorowej sublimacji, miła zaproponowała wspólne oglądanie Opolskiego Festiwalu. Przystałem skwapliwie, bo zapowiedziano wieczór z piosenkami Przybory i Wasowskiego. Oboje darzymy ich szacunkiem i uwielbieniem za kulturę słowa i muzyki. Za stylistyczne konstrukcje, za językowe zabawy. Za wytworność i szlachetność tekstów. Oczywiście mamy w uszach niezwykłe interpretacje mistrzów aktorskiej i piosenkarskiej sztuki, które uczyniły z tych utworów małe arcydzieła. Zasiedliśmy. W znieruchomieniu dotrwaliśmy do szczęśliwego końca. Biedni Starsi Panowie, spostponowani przez młodych i starszych szansonistów. Pomijam reżyserię, która obfitowała w momenty bezradności, kiedy to należało zmienić wykonawcę lub zespół. Pomijam też styl konferansjerki dwóch panienek - ale nie daruję krzywdy, jaka spotkała piosenki Kabaretu SP. Współczesne aranżacje nijak przystające do oryginalnych, spójnych kompozycji tekstu i muzyki, brak interpretacji (a może niezrozumienie tekstu?!), nonszalanckie odśpiewanie, jakby to były współczesne utwory pop, w których jest mniej ważne, o czym się śpiewa. Z kilkunastu wykonawców tylko nieliczni poczuli klimat i szczególne decorum  literackiej wypowiedzi. Być może jest to język, którego niuansów już się nie rozumie, a raczej nie wyczuwa. To tak, jakby właściciel przydrożnego grila zabrał się za przygotowywanie bekasa w truflach na podstawie przepisu  z dawnej dworskiej kuchni. Bekasa zastąpiła zielononóżka, co to onegdaj zdechła, a trufle - maślaki i opieńki. Niby prawie to samo, ale efekt nie. Jak tłusta konserwa Przysmak dworski w naszym wiejskim sklepie. Ubożeje nam świat, pospolity się staje jak komercyjna kultura. Wszystko to robota diabła, przed którym przestrzegał dziad z Konopielki  Redlińskiego. To czart wszystko chce ulepszać, unowocześniać,  za nic ma tradycję i jej kanony. Kulturowa konkwista sika na naszych oczach i nie czuje wstydu. Chociaż, patrząc na piękno świata i z nim obcując, coś tam od niego przejmuje. Już normalnie nie je, tylko  spożywa. Nie idzie do sklepu, tylko udaje się na zakupy. Ubogaca się, chociaż, niestety, tylko w słowach - i to zupełnie od czapy.

 

Marta zza rzeki, która jest częścią codziennej, miejscowej kultury, mówi, że zima będzie ciężka, bo prawdziwki mają długie nóżki w tym roku. Rodzina ją namawia, żeby przyjechała do miasta i z nimi zamieszkała. Marta nie wie, czy dożyje do wiosny, to po co zostawiać starą chałupę? A nogi najlepiej wyciągnąć pod własnym stołem.

 

 

 

 



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

środa, 23 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  266 262  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
27282930   

O mnie

Autor, kompozytor, piosenkarz, psychoterapeuta.
Ceniona postać polskiej sceny muzycznej. Na estradzie od 1978 roku.
Twórca nastrojowych piosenek opowiadających o codzienności, ludzkim doświadczeniu, widzeniu świata z perspektywy zwykłego człowieka.

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 266262

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl