Bloog Wirtualna Polska
Są 1 272 352 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Drażniąc żurawie

wtorek, 24 września 2013 17:23

 

Niedaleko tamy nawadniającej okoliczne łąki spinają brzegi Rzeki dwa ślicznej urody drewniane mostki. Siedzę sobie na jednym z nich i, jak każe obyczaj, macham nogą nad czystymi wodami. Piasek na dnie żółty, a ryby zdrowe i zadowolone na tyle, by się mnożyć. Niechcący przegoniłem parę żurawi, która narzekając odfrunęła na pobliskie pole. Źle nie jest, bo pełno tam teraz myszy i innych frykasów, ale plan pewnie miały inny. Bardzo niegrzecznie mnie obsobaczyły, no to się postawiłem i też im powiedziałem, co o nich myślę. Składa się dłonie jak do modlitwy (zachęcam też ateistów i agnostyków), a pomiędzy pierwszym i drugim stawem przystających do siebie kciuków umieszczamy szeroki liść trawy, który działa jak stroik w instrumencie dętym. Dmuchamy mocno i udatnie imitujemy klangor tych dostojnych ptaków. Wymiana obelg trwała jakiś czas, ale w końcu odpuściłem. Niech nie myślą, że człowiek nie potrafi się grzecznie zachować. Zwłaszcza na wakacjach jest mniej awanturujący się. Chociaż są pewne granice. Otóż, latem Nadleśnictwo pozwoliło na pobyt, czyli obóz, harcerzom z Poznania. Druhowie postawili namioty nad naszym śródleśnym jeziorem. Pomimo to wodę pitną ciągnęli z wioski długim (jak nic ze trzy kilometry) wężem. Drewno na różne konstrukcje, czyli tyczki sosnowe, dostarczyły służby leśne. Ciekaw jestem, czy był też zakupiony catering, czy to już we własnym zakresie i własnymi siłami. Oczywiście za harcerzami pojawili się rodzice. Na śródleśnych drogach (zakaz wjazdu przestał obowiązywać?) pojawiły się liczne samochody, więc obok plaży i obozowiska druhowie zorganizowali parkingi (stawka 5 złotych). Nagle dziewiczy zakątek zmienił się w deptak miejscowości wypoczynkowej w sezonie. Druhowie wędrowali po okolicy, realizując zadania komendy. Dawniej zapraszało się kogoś zasłużonego z okolicy na gawędę przy ognisku, teraz szukano jakichś anegdotek związanych z terenem. Popkultura rządzi. Po harcerskim wodociągu, wzdłuż jego przebiegu, została folia, w którą opakowany był wąż. Latryny zasypane, ale żeby posprzątać worki ze śmieciami, które leżały niedaleko obozu, to już nie. Ja wiem, to nie ich śmieci, bo zeszłoroczne, ale przecież każdy harcerz kocha i szanuje przyrodę? A przyroda, w momencie wizyty rodziców, przejawiła się wyraźnie. Niedziela, atmosfera piknikowa, przez liczne kocyki i maty plażowe pędzi stado spragnionych wody krów. Wbiegają w jezioro i zachłannie piją. Przy okazji, jak to mają w zwyczaju, walą kupy w turkusowe wody. Dla nas to zwykły widok, dla rodziców, jak widać, szok poznawczy. Miejmy nadzieję, że w przyszłym roku kategorycznie zabronią swoim dzieciom udziału w wakacyjnym skautingu. Żeby nie popaść w totalną frustrację, z radością odnalazłem stosowny fragment ze Szwejka:

Pewnego razu w Mydlovarach koło Zlivia, obwód Hluboka, powiat Czeskie Budziejowice, akurat wtedy, jakeśmy tam - 91 pułk - mieli ćwiczenia, chłopi okoliczni zrobili obławę na skautów w lesie gminnym, bo im się tam bardzo rozplenili. Złapali trzech. Ten najmniejszy z nich, gdy go wiązali, kwilił, piszczał i tak narzekał, że my, zahartowane wojaki, nie mogliśmy na to patrzeć i woleliśmy odejść. Przy tym wiązaniu ci trzej skauci pokąsali ośmiu chłopów. Potem na mękach u wójta, pod trzciną, zeznali, że w całej okolicy nie ma ani jednej łąki, której nie byliby wygnietli, gdy się wygrzewali na słońcu, dalej, że koło Razic przed samymi żniwami jeden łan żyta na pniu spalił się tylko skutkiem nieszczęśliwego wypadku, kiedy sobie w życie na rożnie piekli sarenkę, upolowaną za pomocą noża w lesie gminnym. W ich kryjówce leśnej znaleziono przeszło pół korca ogryzionych kości drobiu i dziczyzny, ogromne mnóstwo pestek czereśni, zatrzęsienie ogryzków z niedojrzałych jabłek i inne dobre rzeczy.

 Dlatego znowu trzeba sobie szukać odosobnienia, chociaż coraz trudniej o takie miejsca. I tu pojawia się obrzydliwa skaza mojego charakteru. Gdybym miał pieniądze i wpływy, to kupiłbym całe Bory Tucholskie, ogrodził z użyciem prądu i siedział sobie w środku, ciesząc się przyrodą i niczym niezmąconym spokojem. Taki ogromny prywatny rezerwat ścisły, gdzie wydawałbym mojej miłej jednorazowe pozwolenia na pozyskiwanie runa leśnego, bo lubi sobie pozyskiwać. Do konsumpcji, nie do sprzedaży. Jeziora pełne ryb, więc nigdy więcej posiłku na stacji benzynowej pod Chojnicami (dwa okonki, 6 zł za sto gramów, wychodzi 60 za kilogram!).

Spacery po lesie dobrze robią. Zobaczyłem, że budowa drogi przez otulinę Zaborskiego Parku, poprzez polanę, gdzie torfowe jeziorko, nie zrobiły krzywdy moim Zwierzętom z Kliniki Małych Zwierząt w Leśnej Górce. Wyobrażałem sobie, że na tej polanie mają swe spotkania w ważnych momentach w życiu społeczności. Okazało się, że zebrania są w zupełnie innym miejscu. W dużym zapadlisku nad brzegiem Dużego Zielonego. Wybrały naprawdę świetne miejsce – jest amfiteatralne, z podwyższeniem i kamieniem pośrodku. Pełno tu korzeni, na których mogą sobie usiąść, a dookoła ściana starych jałowców, chroniących przed okiem ludzi. Zwierzęta wiedzą, co dobre. Chować się przed ludźmi, a nocą wychodzić na żer. Spróbuję, może uda mi się wykształcić kły?

 

IMGP1872.JPG

 

IMGP1890.JPG

 

 


Podziel się
oceń
117
0

komentarze (12) | dodaj komentarz

Tradycja, czyli bezruch

poniedziałek, 16 września 2013 22:19

Wakacje były pracowite, a miejscami bolesne. Z tego też powodu pisać mi się nie chciało. Dobrze jest robić to z ochotą, a nie z poczucia obowiązku.  Mam dobrze, że takie życie wiodę. Wolność rządzi, jak wołał Osioł z filmu Shrek. Pewnie, że wolałbym zarabiać kasę, by nie mieć długów wobec ZUS-u, ale wtedy nie miałby czasu na leniwe siedzenie na tarasie letniego domku. To jak to? Letni domek i brak zasobów? Właśnie. Wszystko jest kwestią perspektywy. Dla tych na zasiłku jestem bogaty. Dla członka Rady Nadzorczej jakiejś spółki – biedotą i należy mi się współczucie (tych członków, którzy biedotą nie gardzą). Więc siedzę sobie na tarasie i oglądam świat. Ten tu, czyli mój. Martwię się trochę o sosnę z prawej strony. Rozłożysta, jak zwykle samotne drzewo, ale coś igły kępami jej rudzieją. Nie padało od miesiąca, może to przyczyna?  Ale dzięcioł w nią stuka coraz częściej, ważki przysiadają, a one też owadożerne. Więc coś sosnę żre? Może to zaraza jaka? Do Łosia zadzwonię, do Romka, to mi powiedzą. Na świerku, też z prawej strony, zostało gniazdo puste. Nawet nie widziałem, kiedy dzieci wyprowadzili. Ciekawość, czy wyszły na ludzi, czyli na dorosłe ptaki? Przed świerkiem jeszcze wiele gniazd, bo młody.  Na wprost tarasu leszczyna, wygolona przez konserwatorów sieci energetycznych. Stojący obok świerk też został pozbawiony gałęzi. Po jednej stronie pnia na wysokość kilku metrów. Elektryczność nie lubi, kiedy coś staje na drodze przepływu. Ładunki głupieją wtedy i nie wiedzą, co robić. Więc chodzi tu o ich komfort w podróżowaniu. Najpierw miałem pretensje, bo ktoś zniszczył widok, do którego się przyzwyczaiłem. Wprowadził, trawestując Dąbrowską - „zmiany w polu mego widzenia”, budząc niepokój, bo coś nie jest tak jak dawniej. Wiem, wynosi się pewne korzyści ze zmian. Jak choćby to, że teraz dużo wcześniej wiemy, kto jedzie. Zanim pojawi się obok domu, już widać go w perspektywie drogi. Albo, kto stoi na moście i z kim flirtuje, czy Henio prowadzi swoją krowę na pastwisko, czy Zyta, pies sąsiadów, leży na drodze, jak to ma w zwyczaju w czasie sjesty. Nie rusza się, nawet kiedy widzi samochody. Trzeba ją objeżdżać. I to jest również nasz relaks. Patrzeć na odsłonięty nowy kawałek świata. Jak pewne małżeństwo w Chojnicach. Każde ma swoje okno, parapet i godziny dyżurów. Kiedy przejeżdżamy pod tymi oknami, możemy zauważyć, jak zmieniają się jedynie kolory poduszek pod łokciami. Trochę zazdrościmy. Jakże bogaty jest świat tych obserwacji. Tyle samochodów, tyle ludzi, ciągle nowe zdarzenia. A ja… borsuk wyglądający z nory. Chociaż nie powiem, do lasu wychodzę. Zadowolony jestem, że on się nie zmienia. Porządek w lesie musi być. W sensie organizacji przestrzeni. Ta sama stara topola nad jeziorem, ścieżka wzdłuż brzegu, doły po wybranym piasku, gdzie teraz rosną poziomki. Ten sam kamień pod tą samą sosną na skrzyżowaniu ścieżek. Pewne sprawy powinny być niezmienne. Kiedyś nawet spróbowałem ingerować w porządek rzeczy i przeniosłem kamień na drugą stronę leśnej przesieki. Błąd. Kamień zaczął się awanturować (oczywiście na swój niezwykle stonowany sposób). Obnażyła się jego druga strona, do tej pory ukryta. Dotychczasowe miejsce ziało pustką, a drzewo, pod którym kamień leżał, też było oburzone gwałtowną ingerencją w tradycję i ład. Powiedziałem im, że są głupi, bo nie chcą zmian, które są przecież warunkiem rozwoju. Oni na to, żebym spadał, nie udawał kreatora i pieprzonego demiurga, bo sami też mają wolną wolę i jak zechcą, to sobie coś zmienią w życiu. Kamień zaraz zaczął z rozrzewnieniem wspominać ostatnie zlodowacenie, później gospodarza z Zań i traktor z przyczepą. Jak to się z niej stoczył w tym właśnie miejscu. Łzawo mówił o drzewie, że pamięta je, kiedy było małą sadzonką, ono wtedy, że zawsze je grzał swoim pozyskanym od słońca ciepłem. Normalnie zawstydzająca, emocjonalna scena. Więc mówię, dobra, żyjcie, jak chcecie. Wracaj do swojej dziury, ciężko myślący głąbie, nawet cię ułożę tak samo, bo już z mchu zrobiło ci się kółko dookoła, na krawędzi styku z ziemią. Łaski mi nie robisz, on na to. Bo to nie wiem, że siedzisz na tarasie i nie chce ci się ruszać i sam już mchem obrastasz?

No i mnie pokarało. Poszedłem do lasu na długą wędrówkę – a tam, w samym jego środku, gdzie Zwierzęta z mojej książki o Klinice zbierają się w ważnych chwilach leśnej społeczności – Armagedon. Tuż obok małego jeziorka dystroficznego (moja wiedza mnie zadziwia) i w kotlince, gdzie stanowisko żmii zygzakowatej…  stoją potężne maszyny budowlane. Stoją, bo wcześniej wyrywały drzewa, spychały, plantowały, darły pokrytą porostami i mchami polanę. Scena jak z Władcy Pierścieni, gdzie trolle, orki i inne demony Saurona rozszarpują ziemię. Za unijne pieniądze powstaje szeroka droga pożarowa. Wiem, że potrzebna, że las ma być bezpieczny – tylko jak ja to wszystko wytłumaczę moim Zwierzętom? Ludzie budują drogi, żebym mógł ruszyć, dokąd zechcę. Już wolę porosnąć mchem. Mój świat staje się coraz mniejszy i coraz mniej zależny ode mnie.

 

 IMGP1685.JPG

 

 

IMGP1700.JPG

 

 


Podziel się
oceń
107
7

komentarze (18) | dodaj komentarz

poniedziałek, 20 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  268 449  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
30      

O mnie

Autor, kompozytor, piosenkarz, psychoterapeuta.
Ceniona postać polskiej sceny muzycznej. Na estradzie od 1978 roku.
Twórca nastrojowych piosenek opowiadających o codzienności, ludzkim doświadczeniu, widzeniu świata z perspektywy zwykłego człowieka.

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 268449

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Wiadomości